• 8 sierpnia 2020

DE STAAT – dobro narodowe z krainy tulipanów!

Lubię koncerty. Uważam, że możliwość słuchania muzyki na żywo, to jedna z najlepszych rzeczy jakie przytrafiły się ludzkości. Gdy mieszkałam w Polsce, na koncerty chodziłam bardzo często. Kult, Kazik i Kwartet Proforma, Jack White, Pidżama Porno, Pogodno, The Chemical Brothers,  T-Love, a nawet Bajm. Lista koncertów, w których miałam większą bądź mniejszą przyjemność uczestniczyć jest naprawdę zaskakująco obszerna nawet dla mnie. Każdy z tych koncertów wniósł coś nowego do mojego małego świata, czymś mnie zachwycił. 

White – król gitary zabrał mnie do niesamowitego świata pozbawionego telefonów komórkowych. Zostały one w piorunująco szybki sposób zamknięte w specjalnym etui Yondr, które to wokalista wozi ze sobą na każdy koncert. Powód? Jack White chce, aby podczas jego koncertów ludzie doświadczyli prawdziwej muzyki i dzielili się miłością do niej osobiście. Efekt? 1,5h niesamowitych emocji i świetnej zabawy, której nie musiałam oglądać na telefonach ludzi stojących przede mną i nagrywających pół koncertu. 

Kazik  – weteran sceny muzycznej i twórca takich zespołów jak KULT czy KNŻ. Za każdym razem zabiera mnie w 3 godzinną podróż bez trzymanki. Nie mam pojęcia skąd ten facet ma tyle energii, ale kocham go za to. 

Pogodno – magia w każdej minucie. No i Budyń bez koszulki! To niesprawiedliwe, że zawiesili działalność. Jak dla mnie to jeden z najbardziej niedocenionych polskich zespołów. BARDZO niesłusznie!

HOLENDERSKIE TULIPANY W OBJAZDÓWCE PO EUROPIE

Kilka tygodni  również miałam okazję być na koncercie. Koncercie, który zapamiętam na całe życie, bo o takich artystach się nie zapomina. 
DE STAAT – te holenderskie tulipany zabrały mnie jeszcze dalej niż którykolwiek z artystów do tej pory, a myślałam, że tam gdzie zabrał mnie White i Kazik, to już kres muzycznych możliwości.

Ta piątka mało znanych chłopaków zabrała mnie na niesamowitą ucztę, gdzie zamiast burgera w przydrożnym barze, raczyłam się fantastycznie kruchą jagnięciną serwowaną z sałatką tabbuoleh, groszkiem ogrodowym, miętą wodną i ostrym jak maczeta sosem harissa.

DE STAAT, to zdecydowanie było danie główne w mojej muzycznej podróży. Od koncertu minęło już kilkanaście dni, obyło się bez zgagi i niestrawności, a najadłam się tak, że do dziś nie mam miejsca na deser. To chyba o czymś świadczy! 

 

Gatunek muzyczny w jakim obracają się chłopaki to coś na pograniczu alternatywnego rocka, połączonego z indie, oraz rockiem elektronicznym i eksperymentalnym. 


Zespół powstał w 2006 roku i do dnia dzisiejszego są wierni temu z czym zaczynali. Cudownie jest iść na koncert artysty, który nie śpiewa co dwa lata innego gatunku, bo taki akurat jest na topie, a przecież żyć z czegoś trzeba. Oni są mistrzami w swoim fachu. Są artystami kompletnymi. Dają od siebie to co najlepsze. Nie są zwykłymi muzykami, którzy wychodzą na scenę, odśpiewają co trzeba i jadą na kolejny koncert. 

Na scenie dostajemy wspaniałe show wykonane przez piątkę przyjaciół. Nie wyreżyserowane, nie przesadzone. Frontman zespołu – Torre Florim ma tak tak zajebisty kontakt z publicznością, że mogliby mu go pozazdrościć weterani sceny. Koleś jest po prostu fenomenalny. To co robi ze swoim małym przyjacielem –  Rocco, podczas piosenki Pikachu podbiło nie tylko moje serce, ale i serce mojego nad wyraz wybrednego muzycznie Łukasza. A oprócz nas, także i cały Zielony Pokój w dublińskim The Academy. 

Podczas koncertu mogliśmy posłuchać największych przebojów grupy, takich jak: Me Time, Peptalk, Baby, Kitty, Kitty czy Witch Doctor. 

YT WYZNACZNIKIEM POPULARNOŚCI, A CO Z TALENTEM?

 

Do dziś nie mogę uwierzyć, że ich oglądalność na jutubie jest tak porażająco niska. Kiedy pomyślę sobie, że takie „piosenki” jak „Ona by tak chciała” jakiegoś Ronne Ferrari uzyskało w przeciągu 3 miesięcy ponad 91 mln wyświetleń, a takie cacuszko jak Get It Tohether, autorstwa DE STAAT ma niecały milion, to zaczynam się poważnie zastanawiać, czym kierują się ludzie podczas wyboru piosenek. 

 

Mam nadzieję, że dacie Chłopakom szansę i posłuchacie ich kilku kawałków. A może dopadnie was tak samo silne zauroczenie jak i mnie?! Mam taką nadzieję, bo to naprawdę kawał solidnej muzyki w całkiem przyzwoitym opakowaniu. 

Ja już nie mogę doczekać się kolejnego koncertu 🙂 

Joanna Październiak

Poprzedni wpis

EKS-cytujące wspomnienia, czyli pamiątki po byłych

Kolejny wpis

Zero waste fashion – czyli dlaczego uwielbiam lumpeksy!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *